Skomplikowany przypadek kataru dotknął i mnie... przeżyję, chociaż coraz bliżej do urlopu, a tu z nosa cieknie... najgorsze są jednak skutki leczenia; leki mi chyba przereagowały i nie tylko, że nie śpię od wczoraj (i wcale mi się nie chce....) to jeszcze zaczęłam puchnąć i gębę mam w kolorze surowej wołowinki... Jak mi już uszy spuchły i powieki, a świąd żyć nie dawał- kazałam sobie podać dexaven, łyknęłam p- alergiczne i rozpaczliwie czekam na efekt... mniej swędzi... to tyle z efektu...
A jutro na balety mam iść i nie wiem, jak - w takim ślicznym stanie?
A ostrzegało mnie dziecko: "mama! uważaj, bo cię zachoruję!". No i - zachorowała mnie....
Coś mi pisanie nie wychodz...
Wczoraj Duży pokazywał Adze różne ćwiczenia gimnastyczne, ogólnie znane, na co dziecko:
- mama! patrz! a tata pajaca robi.... z siebie?
w pracy nadal "skomplikowane przypadki kataru" i na tym tle parę medycznych dziwactw, typu: a w życiu takiego jeszcze nie widziałam (np skaza krwotoczna po ibuprofenie, która zaczęła się od wylewów podśluzówkowych, starszy pan wyglądał, jakby go w ustach wyasfaltowali)
Małe nam od wczoraj jedzie 40 naliczniku, półprzytomne.. wirusowo
a mnie polskie prawo po raz kolejny wczoraj: ona 25-lat, jedno dziecko; on: pije i bije, wniosła w końcu o rozwód, wcześniej pobicia ukrywała; wywiózł do lasu, próbował dusić, twierdził, że wywiózł, żeby zabić... zgłosiła policji, wcześniej założyła w domu zamki w pokojach... policja nakazała wydać komplet klucyz, jako mąż ma prawo pełnego dostępu wszędzie, nie wolno jej się zamknąć nawet na noc...
Dzisiaj nam Duży przyniósł do domu trochę wiosny...
A z przykrzejszych tematów: zjechałam równo wczoraj ostatniego pacjenta, dawno mi się nie zdarzyło... właściwe to rodzine, bo pacjent zbyt przerażony ogólnie.... dramat w 2 aktach:
1) prawie kończę, słyszę dyskusję pielęgniarki przez telefon:
- czym? krajzegą? to od razu jedźcie na szpital, bliżej macie!
-...
- ale co wam da, ze doktórka popatrzy? przecież po krajzedze to tam miazga, tą rekę trzeba prześwietlić, nie traćcie czasu, od razu wieźcie... bandaze jakieś macie?
tak? to zawińcie i wieźcie...
2. akt:
jakieś 20 minut później (bo nam się o tych zranieniach na wspominki zebralo i w płaszczu jeszcze plotkowałyśmy)- zajeżdża samochód, młodzi targają bladego ojca, ręka przewinięta ściereczka do naczyń...
obejrzałam, szarpnęło jakieś 20 cm wzdłuż przedramienia, nie dla mnie robota, trzeba sprawdzić kości i ścięgna... wzięłam w obroty rodzinę o pogarszanie stanu (dawno byliby w ambulatorium,!)
3. finału nie znam...
Siostra! Tu też Ci życze... itd...
A poza tym trochę mnie ścięło, bo kaszlącą panienkę wygoniłam na rtg płuc, trochę mi sie zdawało, że matka się wynikiem nie przejęła (a brzydactwo było), ale do poradni z nią poszła. Jest na 4 lekach przeciw- gruźliczych, typowo w płucach zmiany miała, ale już przecież nastolatków nie szczepimy, bo nie ma po co, no nie?
A Z domowych tekstów:
- mama!? a prawda, ze Goliat to był bardzo brzydki (HAGI górą)?? i nikt mu prezentów nie przyniesie, no nie? ani zajączek, ani Mikołaj... i nie dostanie ani plecaka, ani butów, ani nawet majtek... no, nie?
Myślę, że starożny Filistyn bardzo się tym zmartwi...
niedziela, 21 marca 2010
Licznik odwiedzin: 7876